Kiedy wszystko zaśpiewane i zagrane, Paweł miksuje materiał a potem masteruje. Ale przed masterem trzeba wpisać do programu tytuł. To jest jakaś techniczna sztuczka, że jak się go wpisze, wówczas pojawi się na wyświetlaczu odtwarzacza. I tej pięknej niedzieli, kiedy wróciliśmy z harmonii od Nely przystąpiliśmy do pracy nad ilustracjami do Roku Królika. Zaczęliśmy właśnie od tego utworu. Mam w ręku mój ulubiony mikrofon, Paweł nastawioną klawiaturę na piękną barwę; w studiu nastrój spokoju i spowolnienia. Pierwsze podejście, jedno odsłuchanie, dwie/trzy kolejne ścieżki dograń dzwonków, mnisiej modlitwy i już. Gotowy.
- Monia podaj tytuł
Pustka, nic. Usiadłam na kanapie, chwile trwał bezczasowy bezruch. I nagle pojawiło się słowo „arnea”.
- Modlitwa Arnei
Usłyszawszy to Paweł zaczął stukać w klawiaturę. Zdałam sobie sprawę, że i on w tym czasie się zapadł. Do radia posłałam utwór jako Modlitwa Arnei. Ale po czasie zastosowałam radę wspaniałej poetki i wymazałam gumką słowo "modlitwa". Została Arnea. I tu mogłabym skończyć ale nie. Przyszła ciekawość. Istnieje to słowo czy nie? Na wyspie czy nie na wyspie? Wpisałam je do googla i wyskoczyło, że jest takie miasto w Grecji. ARNEA Poczytałam i postanowiłam w jednej chwili. Jadę.
* * * * *
Żaden piorun nie strzelił, ani żerdź czy dachówka nie mrugnęły do mnie. Winorośl nie oderwała się od murów, nie oplotła się wokół mnie i nie przekazała tajemnych informacji. Może warto było przejechać taki szmat drogi żeby potwierdzić, że wytwory wyobraźni to tylko wytwory służące zabawie w życie? A może dla tej rozmowy na urokliwym ryneczku? A może coś jeszcze przede mną...
Głos nie zawsze wystarcza. Czasami bębnię ale coś jeszcze chodziło mi po głowie. Dzwonki, pianolino…cymbałki! Poszłam na allegro. A tam wszystkie na jedno kopytko: kolorowo, plastikowo wyglądające. Żadne nie zagadały jakoś. Ale na siódmej stronie widzę odrapane, na drewnie i nóżkach dzwonki chromatyczne. W przystępnej cenie. Kliknęłam w kup teraz i po niezbędnych formalnościach stałam się posiadaczką instrumentu, który stoi obok i się uśmiecha. Czasami na nich gram.
W dniu zakupu, sprzedawca przysłał mi list z pytaniem czy nie chciałabym kupić cytry. Nie bardzo wiedziałam co to, kto to, nie byłam przy kasie i prawie chciałam napisać „nie” ale coś mnie tknęło i poprosiłam o zdjęcia. Dostałam szczegółową dokumentację obrazkową cytry i pudełka w której leży. Ładnie to coś wyglądało, już widziałam ją oczyma wyobraźni na ścianie ale kasy nadal nie przybyło. Zapytałam pana czy sprzedałby mi ją na raty ale powiedział, że wolałby całościowa wpłatę i że cytra poczeka na mnie do momentu gdy będę miała pieniądze. Tknęło mnie coś. Jak to poczeka? Na mnie? I nawet to chyba nie ego tak sobie postroszyło piórka. Poczułam jakby cytra wybrała mnie i teraz spokojnie czeka na zburzenie wszystkich barier. Opowiedziałam tę historię Andrzejowi, powiedział żebym brała. To wzięłam. I zaczęło się oczekiwanie na przesyłkę. Cymbałki przyszły w 3 dni a cytra nie przychodzi i nie przychodzi. Dzwonie do pana Romana i pytam co się stało, czy może jeszcze nie wysłał czy co. A pan zdziwiony odpowiada, że wysłał następnego dnia po moim liście. Kurier po prostu nawalał. Nie zostawiał awiza tylko w biurze odnotowywał, że klienta nie ma w domu i że zostało awizowane. I tak 3 dni. Zadzwoniłam do biura, dowiedziawszy się co i jak powiedziałam, że słowo kuriera nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości, pani odnotowała zażalenie i następnego dnia człowiek przyniósł mi pudło. Rozpakowałam. Drewniane pudełko w kolorze oliwkowym z ciemnymi ornamentami mnie zaczarowało. Otworzyłam je, przejechałam paznokciem po 8 strunach akordu C i te rozstrojone tony powiedziały że są moje. Ostatnimi czasy trenuje uważność, powolność, no jednym słowem buddazen. W tej jednej chwili zrujnował mi się spokój. W środku zaczęło drgać, wibrować, przychodziły pomysły do kogo mam iść, żeby nastroić, kto nauczy grać. Szybko telefon do Mateo-nie odbiera, Maciek. Odebrał. Mówi, żebym poszła do Huby-mistrza w tym co robi. Znalazłam Hubę w internecie. Umówiliśmy się nazajutrz. I już tego dnia stałam się cytrzystką. Okazało się, że mój egzemplarz to cytra składająca się z sześciu pięknie brzmiących akordów. I jedyne co do mnie należy to dobrze storić instrument i tak jak mi już w sercu zagra uderzać , szarpać , łoić, dotykać, pocierać. Stukać. Pudełko Ania doprowadzi do stanu buduarowego i niunia będzie leżała w nim jak hrabinia w pieleszach i czekała aż druga hrabinia po nią sięgnie.
Kiedy chciałam dowiedzieć się o wcześniejszych losach instrumentu wszechświat zamknął drzwi. „kupiona na wyprzedaży w Szwecji” Zatem zaczęłyśmy z nią pisać naszą historię na tej osi czasoprzestrzeni.
Jacka, przy tej produkcji realizatora dźwięku, pamiętam bo działo się to u niego w studiu a i później parokrotnie spotkaliśmy się w jego nowym już studiu słuchać zmasterowanych przez niego piosenek Analogu czy "Mojej Emily Dickinson". Po jego zabiegach piosenki błyszczały, nawet jeśli tytuł jednej z nich to „Czułam przez mózg przechodził pogrzeb”.
Producenta spotkałam tylko raz na parę godzin, słyszeliśmy się chwilę przez telefon, stąd nie zapamiętam imienia i nazwiska. Pamiętam natomiast jego wspaniałe podejście do pełnej niewiary w siebie kobiety, którą byłam 21 lat temu. A efekt parogodzinnej sesji był/jest wspaniały.
Pracę zaczęłam od poznania linii melodycznej piosenki, na podstawie anglojęzycznej wersji. Kiedy już znałam zwrotkę Producent zaproponował abym zaśpiewała do półplaybacku. Zaśpiewałam. Pierwsze co usłyszałam z reżyserki to entuzjastyczne: I like your voice! I zaczął się magiel. Parokrotne śpiewanie zwrotki, bridgu, refrenu, chórków zawsze poprzedzało wyjaśnienie do czego i dlaczego potrzeba tak wiele powtórzeń. W żadnym momencie nie czułam: łolaboga, jak ty śpiewasz niunia, tylko: ojacie, mam ładny głos, który się podoba. Wyszłam ze studia zadowolona. Miałam świadomość, że oto po raz pierwszy zaśpiewałam solówkę w kinowym dubbingu, co wówczas było ważne oraz to, że ludzie ze mną pracujący stworzyli mi warunki idealne do pracy i byli więcej niż mega profesjonalistami, byli dobrymi ludźmi. Po paru tygodniach odebrałam telefon od Producenta, który bardzo mnie przepraszał, że musi wprowadzić skrót i wyrzucić dwie linijki rapowania. Poprosił żebym pomogła mu wybrać co ma zostać. Wówczas dla mnie to był kosmos bo raczej wykonawcy nikt nie pytał o zdanie tylko ciął, wyrzucał, jak tam komu tam pasowało. Pamiętam nawet stację benzynową na trasie Wawa-Gdynia, na której odebrałam ten telefon.
Czuję olbrzymią wdzięczność do nich wszystkich, a ja od tamtej pory werbalizuję zachwyt nad ludzkimi głosami, obrazami, dziełami.
I tak, jakoś dobrze idzie mi się przez świat.
Produkcja to Powiedz czy wierzysz w magie przyjaźni w filmie Ratunku, jestem rybką!
(do posłuchania w dziale wideo)
Pierwszy był George. Był i na razie jest otoczony wianuszkiem managerów, którzy skutecznie odcinają przepływ na trasie człowiek-człowiek. Byłam już bardzo blisko, ale że nie mówiłam o tym pragnieniu szerzej, ominęła mnie możliwość spotkania twarzą w twarz w saunie przed warszawskim koncertem. Marc siedział niczego nie świadomy i prowadził z nim rozmowy. Gdyny...a jeśli... NIE. Nie będę gdybała. Tak było tak być musiało. Czekam więc, bez spiętej szelki, na nasz czas.
Po drodze był/jest mój mistrz - Stanisław, który zgodził się wykonać z Analogiem Monologi. Uczta dla wielu zmysłów i głowy też.
Wanda nie chciała; święte prawo odmowy gdy zadaje się pytanie. Ale Uwierz w swoją nieważność J. Ośmiałowskiego mam zachowane i gdy ego skacze, chce latać - włączam. I się śmieję.
Kaśka też nie chciała, ale to był błąd durnoty mojej.
Marysia, Łukasz, Robert, Piotrek, Janusz, Andrzej, mistrzowie swoich instrumentów przyjęli zaproszenie i razem z Gapo stworzyliśmy "najsmutnieją płyte świata".
Pani Wisława - zgodziła się dać Kilkunastoletnią dla muzyki, choć uważała, że jej wiersze do śpiewania się nie nadają.
Teraz siedzę z Michałem w Proszowej w skonstruowanym przez niego studiu, w sali muzycznej 200letniej chaty. Pomiędzy gadaniem, spacerami, piciem i paleniem powstają muzyki i bajki.
Czasami pisze do ludzi, którzy mnie fascynują.
Nieczęsto chadzał ode wsi do wsi
W jednej na dłużej od czasu gościł
Dłuta i budzik ze sobą nosił
Z kamieniem gadał, żyta nie kosił
Rano gdy wszyscy po domach spali
Brał zegar, dłuta, młotek ze stali
O każdej piatej budzik nastawiał
Ducha kamieni budził, rozmawiał
I opowiadał na co to będzie
Jemu potrzeba ciała kamienia
Duch obudzony, słuchał, nie ziewał
A potem cicho człekowi śpiewał
Oj Jaśku miły
Cudzie kamienia
Jaśku kochany
Zdania nie zmieniaj
Buduj ty ze mnie
Domy i płoty
Niech ludzkie dziatki
Nie cierpia od słoty
Służył on sobie bardziej niż ludziom
Choć ludzi lubił nie gardził brudziem
Ale co rano wraz w pole wracał
Ciała kamieni z czułością macał
Macał i śpiewał, dłutem przebierał
Ciała kamieni raźno rozbierał
Duchy zwolnione z ulga wracały
Pod ziemie do swej mateczki skały
Odszedł po cichu, ludzie gadali
Że gdzieś widzieli młotek ze stali
Głazy zabrały budzik i ciało
Czasami we wsi cos tam śpiewało
Spij Jasku miły
Cudzie kamienia
Spij Jasku cicho
Zdania nie zmieniaj
Zostań ty z nami
Zostań pod ziemią
Przecież i ludzie
Tu swoich grzebią
Głos Dawnych Mazurów na Facebooku
English translation · Deutsche ÜbersetzungFoto: Katarzyna Trzaskalska, Małgorzata Biniek, Magdalena Świtek. Stylizacja: Monika Wierzbicka, dodatki: Sława Tchórzewska, Grażyna Kłopocka-Służała. Rysunki: Krzysztof Skain May. Realizacja: obbie.pl
© Monika Wierzbicka 2012-2024. Wszelkie prawa zastrzeżone. Polityka prywatności i cookies