Śpiewamy, piszemy, fotografujemy, malujemy, tworzymy przy pomocy historii wyjątkowych ludzi, miejsc, istot żywych. Dzięki temu wzbogacamy nasze życia, nadajemy im wagę i wartość. Pilnuję się, żeby owocami dzielić się, jeśli nie z tymi o których śpiewam, to z ludźmi podobnymi do nich. Bo tamtych już nie ma, ale tych którzy potrzebują jest tak samo dużo jak wtedy.
Miasteczko, które odwiedziłam wczoraj jest piękne, bez pretensji do bycia wielkim miastem. Położone pomiędzy dwoma jeziorami, które łączy rzeka. Nad rzeką wypożyczalenka kajaków, basenik dla dzieci, bar nad rzeką gdzie kobiety przygotowują sandacza z frytkami i surówka o 1/3 taniej niż w mieście. Za wałem jezioro, a na jeziorze basen 25 metrowy okolony drewnianym pomostem. I przypomniał mi się COSiW w moim miasteczku i ja się sobie przypomniałam. Sprzed lat. Odważna, radosna i smutna jednocześnie. Taka jak teraz
Jest ze mną 10 lat. Pewnie mnie przeżyje, o ile przyszli właściciele zechcą ją zachować. Przywiózł ją z jarmarku spod Grójca Pan Bronek, u którego kupowałam ogórki kiszone i warzywa. Czasu przeszłego używam tylko z tego względu, że bazar zlikwidowano i człowiek już nie przyjeżdża. Wspominam więc życzliwość człowieka pracy, ujmujący styl bycia. A od kiedy rozmawiałam z nim o toto lotku nie zagrałam ani razu. Zaimponował mi swoją życiowa mądrością na ten temat. Jabłoń, którą przywiózł to antonówka masłówka. Przez pierwsze lata się zadomowiała. Nie za bardzo rosła, chyba tylko raz zaowocowała i urodziła jedno jabłko. Ale żyła. Na wiosnę wypuszczała pąki, jesienią gubiła liście. A potem zaczęła się rozrastać. Jest dużym drzewem, na którym dojrzewa już około 30 jabłek. Dla mnie zostaje jakieś 5-10. Resztę zjada pleśń, robaki i inne stwory. Pewnie mogłabym się schytrzyć i popryskać jakąś chemią ale dobrze jest jak jest. Tak po sprawiedliwości natury wychodzi. Dla każdego po trochu. A kiedy wychodzę do ogródka w wietrzny dzień dostraja się do szumu drzew z okolicy. I tak wprowadzają żywa podstawę krajobrazu dźwiękowego, który koi, kiedy tylko uszy nastroją się na to słyszenie świata.
Wczoraj, na lekcji z Pawłem, wyszło mi z ust zdanie, które zatrzymało mnie w dalszym wywodzie. I nie wiem czy to już było zdanie dla Pawła czy dla mnie czy w ogóle.
"Pozwól prostemu być prostym"
amen
Śpiewam i towarzyszę innym w nauce śpiewu. Wolę myśleć, że towarzyszę innym w szukaniu głosu źródła, albo źródła głosu, ponieważ śpiew jest w każdym, kto pragnie się nim wyrazić. Z estetycznego punktu widzenia, dla wielu z nas, czyjś śpiew wychodzi poza strefę komfortu słuchania, poza cierpliwość i pojmowanie, że to co słyszymy jest etapem poszukiwań, jedyną możliwością wyrażania na dany czas.
Jako wokalistka i początkująca śpiewaczka raz na jakiś czas dostaję prezenty od wszechświata: śpiew w Zespole Pieśni i Tańca Giżycko, poznanie podstaw śpiewu klasycznego w Studium przy Teatrze Muzycznym w Gdyni, praktyka zawodowa na scenie warszawskiego Teatru Syrena oraz śpiew w wielu dubbingowanych w Polsce bajkach, bycie w wielu zespołach poruszających się w stylach od disko po metal, nauka u Tadeusza Konadora a następnie u jego córki Agaty, wiele kursów, które przybliżały zasady funkcjonowania głosu, aż wreszcie po spotkanie z Olgą Stopińską. Z perspektywy czasu, patrząc na te 30 lat pracy zawodowej, używałam głosu tak jak mi ciało i psychika pozwalały.
Dlatego kiedy siadam po drugiej stronie instrumentu klawiszowego słuchając i patrząc na człowieka, który stoi przede mną widzę siebie. I za każdym razem zaczynam przygodę z wdzięcznością i poczuciem, że oto rodzi się kolejna relacja. Nie wiem dokąd doprowadzi ponieważ w takim samym stopniu, jeśli nie większym to zależy od człowieka, który przychodzi.
Mówi się, że śpiew to głos serca. Ale serce to co? Organ? Dusza? Sumienie? Dla mnie to wszystko na raz. Śpiew rodzi się w ciele, dlatego o nie w pierwszej kolejności trzeba zadbać– jeśli spięte rozluźniać. Oddychać, sprawdzić wszelkie metody od płytkich po głębokie po to, żeby w końcu pozwolić na swobodne wejście powietrza do ciała w takiej ilości ile go na prawdę potrzeba. Na nic to jednak, jeśli głowa szwankuje, jeśli emocje nie płyną w nas strumieniem czystym i nie poblokowanym przez tamy. I tu jest kilka metod; wybór należy do człowieka, który chce śpiewać. I ten wybór jest jedną z możliwości podjętą w danym czasie.
A ostatnim odkryciem, które pojawiło się podczas rozmów z Olgą jest pytanie „co sprawia, że denerwuję się na scenie” „ co sprawia, że denerwuje się na sama myśl, że mam przed kimś zaśpiewać”. Czy „mam przed kimś wystąpić” a „mam komuś zaśpiewać” to jedno i to samo? Odpowiedź, która przyszła pod koniec jednej z lekcji była prosta. I jest moja na ten czas.
Ciekawa jestem co do Was przychodzi kiedy zadajecie sobie takie pytania. Czy to co przyjdzie to jedynie wstęp do innego pytania czy od razu strzał w dziesiątkę?
Dziękuję wszystkim towarzyszącym i towarzyszom. Śpiew sprawia, że życie nudne nie jest. Powiem więcej, jest fascynujące
Sowa jako nauczyciel pozwalająca sprawdzić jeżykowi na własnej skórze, że swoje futerko najlepsze. Czyli jakby to sobie na dorosłość przełożyć - bycie sobą jest ważne i bezpieczne. Bezpieczne w sensie, że nikt z zewnątrz nie wciśnie kitu pod żadną postacią.
Pojawia się pytanie co to jest bycie sobą. Kim jestem? I tutaj zaczyna się przygoda życia. Bą włajaż
Głos Dawnych Mazurów na Facebooku
English translation · Deutsche ÜbersetzungFoto: Katarzyna Trzaskalska, Małgorzata Biniek, Magdalena Świtek. Stylizacja: Monika Wierzbicka, dodatki: Sława Tchórzewska, Grażyna Kłopocka-Służała. Rysunki: Krzysztof Skain May. Realizacja: obbie.pl
© Monika Wierzbicka 2012-2024. Wszelkie prawa zastrzeżone. Polityka prywatności i cookies